W swojej wieloletniej pracy nad własnym rozwojem, podczas tysięcy godzin spędzonych na medytacji i praktykach autohipnozy, świadomego śnienia (LD/OBE) towarzyszyła mi pewna intuicja, która dopiero w ostatnim czasie przyjęła postać jasnego uświadomienia. Zastanawiałem się nad pytaniem: jaka jest relacja podświadomości i nadświadomości? Gdzie w tym wszystkim jest moja świadomość, moja osobowość? Czy medytacja jest uniwersalnym panaceum na wszystkie problemy?
Po co zajmować się rozwijaniem swojej podświadomości, dokonywać w niej zmian i doskonalić ją, skoro można przekroczyć utożsamienie z ego-umysłem i rozwiązaćwszelkie problemy za jednym zamachem? Jeżeli porównać pracę nad rozwiązywaniem problemów do walki z chwastami w ogrodzie, to pracę z podświadomością można porównać do wycinania chwastów, a medytację do wyrywania ich z korzeniami. Powiedzmy, że naszym problemem mógłby być brak pieniędzy, albo brak miłości. Możemy oczywiście zacząć pracować nad swoimi nieświadomymi przekonaniami, filtrami percepcyjnymi i wzorcami reakcji emocjonalnych. Możemy dokopywać się w podświadomości, albo w poprzednich wcieleniach, źródeł tych przekonań oraz pracować poprzez praktykę technik przeprogramowywania podświadomości (autohipnozę, wizualizacje, pracę z nagraniami transowymi itp.) nad wykształceniem nowych, lepiej działających i przynoszących nam zmiany w naszym życiu w postaci większych pieniędzy lub lepszych relacji partnerskich.
Możemy jednak pójść w inną stronę i dokopać się do korzeni, a właściwie korzenia wszelkich problemów, czyli utożsamienia z ego-umysłem. Co by było, gdybyśmy rozwinęli swoją świadomość i przekroczyli utożsamienie się ze swoim ego, które i tak jest iluzją, według największych nauczycieli duchowych różnych tradycji. Nagle moglibyśmy uświadomić sobie, że brak pieniędzy, albo brak miłości jest czymś, co tak naprawdę nie dotyczy nas samych, ale jest tylko częścią naszej „historii”, czyli czegoś co jest chwilowe, nietrwałe, wciąż się zmienia i nie ma nic wspólnego z prawdziwym źródłem satysfakcji i szczęścia. Najgłębszy pokój i szczęście są bowiem cechami naszego prawdziwego Ja, a nie zależą od naszej „historii”. W każdych okolicznościach można być człowiekiem szczęśliwym, choć brzmi to okropnie dla osób, które obarczają odpowiedzialnością za swoje cierpienie ludzi wokół siebie, Boga lub los.
Umysł oczywiście będzie się bronił przed prawdą. Stwierdzi coś w rodzaju: „wiem, wiem… ale ja nie jestem tak bardzo oświecony, ja mam problemy tu i teraz i potrzebuje rozwiązania” albo „być może inni tak potrafią, ale ja nie” albo „gdybym tak myślał, niczego bym nie rozwiązał, ani nie osiągnął”… Zawsze znajdziemy jakiś powód, by stwierdzić, że przekroczenie ego-umysłu i wejście w stan nadświadomości nie jest dla nas, albo że potrzebujemy na to czasu. Tak naprawdę uciekamy od rozwoju, wcale nie chcemy poczuć się wolni i przekroczyć naszych problemów. W rzeczywistości uwielbiamy nasze problemy, ponieważ są one niezwykle istotną częścią naszej historii, z która się utożsamiamy. Dopóki wierzymy w to, że możemy rozwiązać nasze problemy na poziomie naszego umysłu, będziemy się nimi zajmować i rozwiązywać, a następnie poszukiwać nowych, ponieważ ego-umysł potrzebuje kolejnych problemów, by podtrzymać iluzję, że jest naszą prawdziwą tożsamością. W ten sposób będziemy wędrować poprzez życie od problemu do problemu, uzyskując chwilową satysfakcję, gdy uda nam się jakiś problem rozwiązać. Po chwili oddechu podświadomie znajdziemy sobie kolejny problem. W ten sposób nigdy tak naprawdę, nie będziemy trwale szczęśliwi, usatysfakcjonowani naszym życiem, wierząc że „kiedyś” uwolnimy się od problemów (rozwiązując wszystkie) i w ten sposób zdobędziemy szczęście. Czyż nie jest to błędne koło?
Być może jednak będziemy mieli szczęście (albo dobrą karmę z poprzedniego życia) i głęboka prawda o iluzoryczności tego przekonania dotrze do nas na skutek zrozumienia albo spotkania się w życiu z takim problemem, którego rozwiązać się nie da. Czasami bowiem bywa tak, że ludzie nie potrafią znaleźć rozwiązania swojego problemu, wypróbowali już wszystkie metody i żadna nie dała rezultatu albo wiedzą, że nie ma rozwiązania. Bardzo cierpią, mają wrażenie, że historia ich życia kończy się albo zabrnęła w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia i nagle w samym środku tego emocjonalnego bólu pojawia się jasna świadomość: „nie jestem swoją historią”, „nie jestem swoim ego-umysłem”. Nie jest to tylko intelektualna, konceptualna świadomość, ale głębokie, duchowe doświadczenie. Pod wpływem głębokiego cierpienia dokonują natychmiastowej transformacji swojej świadomości, a z bólu rodzi się pokój i poczucie szczęścia. To jest prawdziwy cud, na cuchnącym bagnie wyrasta nagle bajecznie piękny, pachnący lotos.
Czy to znaczy, że musimy cierpieć, by przekroczyć utożsamienie z ego-umysłem? Czy nie ma innej drogi? Jest inna droga i jest to prawdziwa „dobra nowina”. Możesz tu i teraz to wszystko głęboko zrozumieć i doświadczyć tego całym sobą. Czasami czytając duchową literaturę, a jeszcze częściej słuchając kogoś, kto doświadczył już transformacji świadomości, na chwilę możemy przenieść się w ten nowy stan świadomości wolnej od problemów (na wschodzie nazywa się to darshan, na zachodzie – spotkaniem z duchowym nauczycielem). Jeżeli będziemy robić to często, to w pewnym momencie nowy stan świadomości (nadświadomości) stanie się naszym etapem rozwoju świadomości, a nie tylko chwilowym „doświadczeniem”.
Czy przestaniemy wtedy praktykować wizualizację, programowanie podświadomości itp.? Nie można przestać praktykować wizualizacji, ponieważ każdy z nas i tak to robi. Tak działa po prostu nasz umysł. Cóż bowiem innego robi student przed egzaminem, gdy steki razy wyobraża sobie jak go oblewa, ponieważ się nie uczył? Stosuje nieświadomie wizualizację! Jednak po przekroczeniu etapu utożsamienia z ego-umysłem nie będziemy już więcej potrzebowali tych metod, by poszukiwać problemów, ponieważ nie będą nam one więcej potrzebne. Umysł będzie wtedy działał tak, by rozwiązywać problemy „techniczne” w naszym życiu na bieżąco. Wolny od pragnień i lęków, będzie działał optymalnie, korzystając ze swoich najgłębszych twórczych potencjałów i całą swoją energię będzie mógł poświęcać na uważne obserwowanie rzeczywistości i podejmowanie dobrych decyzji, a nie tworzenie iluzji i problemów, podtrzymujących przy życiu fałszywe utożsamienie z naszą „historią”. Jednak niektórzy muszą jeszcze wiele wycierpieć, zanim dojrzeją do prawdy o swojej prawdziwej potędze i wolności. Nie mają jednak wyjścia, alternatywą bowiem jest głęboka depresja, psychoza albo samobójstwo. O ile mają w sobie potencjał rozwoju. Jak głosi bowiem stare powiedzenie: „lepiej być nieszczęśliwym Sokratesem niż szczęśliwą świnią”. Chodzi w nim o to, że Sokrates zawsze może przekroczyć swoje ego i być szczęśliwym, podczas gdy świnia nie zostanie nigdy Sokratesem. I nie można mieć o to do niej pretensji, po prostu taka jest jej natura.
Adam Bytof
Artykuł ukazał się w miesięczniku "Czwarty Wymiar" 08/2009








